niedziela, 17 maja 2015

Relacja z wizyty Inez cz. 5

Obudziłam się ze smutną konkluzją, że to już piąty i ostatni dzień naszego pobytu w Misji. Z jednej strony bardzo, ale to bardzo żałowałam, że nasz czas tak szybko się skończył, ale jednocześnie bardzo już też tęskniłam do mojej córki, bo choć był to dopiero piąty dzień w Misji, to już siódmy dzień rozłąki. Nieczęsto rozstaję się z bliskimi na tak długo, można powiedzieć, że na tak długo jak było to zaplanowane tym razem, to był to pierwszy raz. Jednak już od rana czułam, że nie będzie łatwo się żegnać z dziećmi, Arką Noego, bardzo gościnnymi siostrami… Cóż, wszystko co piękne szybko się kończy. Należy zacząć myśleć inaczej, że niebawem wyściskam moją Nikę, która też już bardzo tęskni. Ale dziś jeszcze przed nami było wielkie wydarzenie, które zamierzałam udokumentować na zdjęciach – pierwsze spotkanie integracyjne dzieci z programu Adopcji Serca – grupy pierwszej, czyli dzieci chodzących do klas 1-4.

Tuż po śniadaniu korzystając z tego, że była to niedziela, Maggie zaproponowała nam obejrzenie szpitala i hospicjum. Chętnie przystałyśmy na jej propozycję mając odrobinę czasu do spotkania integracyjnego. Nie było zbyt wielu pacjentów z uwagi na to, że była to niedziela i wielu z nich zostało wypisanych na przepustki. Wszyscy napotkani pacjenci na widok Maggie uśmiechali się serdecznie. Ona do każdego podchodziła i zagadywała go o samopoczucie z wielką troską, ciepłem i serdecznością w miejscowym języku nyanja. Spotkałyśmy również kilka osób z personelu szpitalnego, wszyscy miło nas witali. Maggie opowiadała o pracy w szpitalu z wielkim zaangażowaniem, mówiła też jak dużo koniecznych napraw i remontów wymaga budynek, a co udało się już zrobić. Widać było w każdej sekundzie, że to jest Jej miejsce na Ziemi.










Po obejrzeniu szpitala udałyśmy się wprost do Arki, do tego samego miejsca ze sceną, gdzie pierwszego dnia witały nas dzieci z Adopcji Grupowej. Dziś było ich nieco mniej, a przynajmniej tak mi się wydawało, jednak widać było, że dzieci jeszcze się schodzą. Ponieważ był to początek zambijskiej zimy ( jakieś 25 - 27* C w dzień)  dzieci przychodziły raczej w długich rękawkach, polarkach a nawet w kurteczkach, nam było ciepło, chodziłyśmy w krótkich rękawkach, bądź takich ¾, ze względu na słońce i zawsze dziwnie nasze opinie o ciepłocie rozbiegały się z opiniami s. Faustiny :) ... Co rano s. Faustina przychodziła na śniadanie w sweterku mówiąc, że jest „cold” na co my zdziwione twierdziłyśmy bardzo zdecydowanie, będąc w krótkim rękawku, że jest „hot” :), ale widać dzieci odczuwały tę temperaturę bardziej jak siostra Faustina…

Oczekiwanie na rozpoczęcie spotkania animował ktoś z pracowników, zapewne nauczyciel, którego dotychczas nie udało mi się jeszcze poznać. Robił to z bardzo dużym zaangażowaniem. Po pewnym czasie gdy grupa dzieci powiększyła się, na scenę weszły nauczycielki oraz pielęgniarka. Poprowadziła ona prelekcję o higienie jamy ustnej, zadawała też dzieciom pytania z tego zakresu, a one chętnie podnosiły rączki, by na nie odpowiadać. Prelekcja zakończyła się demonstracją prawidłowego sposobu mycia zębów z udziałem chętnego chłopca. Myślę, że takie prelekcje są bardzo istotnym elementem edukacji dla naszych dzieci. 


Po prelekcji rozpoczęła się zabawa przy muzyce. Chętne dzieci ze wskazanego przedziału wiekowego  proszone były na scenę do konkursu tanecznego. Muzyka z głośników puszczana była sekwencyjnie i po każdej kolejnej sekwencji dzieci z trybun głosowały,  które ze wskazanych na scenie dzieci ma pozostać i tańczyć dalej, a które już ma zejść. Końcowo pozostawała na scenie dwójka dzieci, która tańczyła najlepiej zdaniem widowni. Dzieci były mocno rozentuzjazmowane i reagowały żywiołowo. Zwycięzców nagradzano gromkimi brawami. 



W  trakcie konkursu tańca nauczycielki zaczęły również akcję malowania buziek. Dzieciaki wyglądały cudownie! Całe trybuny bajecznie kolorowych uśmiechniętych dziecięcych twarzy!  Było na co patrzeć! 







Podczas trwania imprezy, patrząc na te piękne kolory, przyszła mi do głowy rewolucyjna myśl, aby zrezygnować z robienia wyłącznie zdjęć grupowych, które z uwagi na moim zdaniem, ogromną liczbę dzieci, dotąd uważałam za jedyne rozwiązanie i spróbować ujęć bliższych: po jednym, dwoje lub troje dzieci. Poczęłam więc kursować między rzędami i pstrykać takie „bliższe” fotki. 














Rezultat mnie bardzo zadowolił :) Od razu pożałowałam, że nie byłam tak mądra pierwszego dnia. To było to! Postanowiłam sobie, że metodycznie i cierpliwie będę pstrykała każdemu z dzieci takie zdjęcie, mając na uwadze preferencje rodziców adopcyjnych jak i własne już w tej chwili. Gdy udało mi się tak opstrykać już ponad połowę dzieci, ktoś ze sceny dał sygnał , że czas na wspólne tańce….. Cała taktyka wzięła w łab za jednym zamachem…. dzieciaczki niestety nie powróciły na własne miejsca, a aparat zażądał zmiany baterii. Dałam więc chwilowo za wygraną. Po konkursie tańca dzieci zostały zaproszone na poczęstunek, reszta buziek nadal była malowana. 




Po poczęstunku dzieci przeszły już na plac zabaw i tam odbywało się jeszcze przeciąganie liny, gra w koszykówkę oraz zabawy dowolne jak gra w gumę czy na skakance, a także regionalne gry (logiczne) - głównie była to gra w kamienie, którą dzieci z adopcji grupowej pokazywały mi pierwszego dnia. 









Miło było patrzeć na zadowolone, bawiące się, uśmiechnięte dzieciaczki. Widać było, że to spotkanie integracyjne sprawiło im radość i było dla nich wielkim i przyjemnym wydarzeniem. Mnie nie mniejszą radość sprawiało odkrywanie dzieci, które pamiętam jeszcze z czasu, gdy były w naszej Arce Noego :). Niektóre z nich nawet zagadywałam po imieniu, wówczas patrzyły na mnie zdziwione tym, że znam dane imię. Jakże one porosły! Tymczasem moja druga zmiana baterii zasygnalizowała, że to już koniec współpracy z aparatem, a i dzieci zaczęły stopniowo rozchodzić się do domów. Usiadłyśmy więc i mogłyśmy już tylko oglądać, jak te jeszcze pozostałe bawią się na arkowym boisku. Po imprezie poszłyśmy odświeżyć się do swoich pokoi i skierowałyśmy się do Konwentu na obiad. Podczas obiadu omówiłyśmy wydarzenia dnia, a także ustaliłyśmy nasz jutrzejszy poranny wyjazd. Musiałyśmy koniecznie się spakować, choć wcale nie byłam temu chętna. Dotąd myślałam, że pakowanie się w drogę powrotną będzie dużo łatwiejsze. Niestety, pomimo pozostawienia u sióstr prezentów żywych, dość pokaźne, obłe, kruche gliniane garnki, koszyki z trawy, czy może palmy i owoce baobabu nie były najłatwiejszym nabojem do spakowania. Z dużą nadzieją na ocalenie glinianych garnków, spakowałyśmy je pieczołowicie obkładając ubraniami, otrzymanymi od dzieci z adopcji grupowej chitengami i wszelkimi innymi miękkimi rzeczami jakie tylko miałyśmy ze sobą. Przy tej czynności szybko zastał nas wieczór. Przyszła Maggie również się z nami pożegnać, długo rozmawiałyśmy, trudno było się tak szybko rozstawać. Żal było odjeżdżać ale miałyśmy w planach jeszcze króciutką wycieczkę do Livingstone (przy czym słowo króciutka może nie do końca oddaje ducha tej eskapady). Nie można było jednak będąc w Zambii nie zobaczyć Wodospadów Victorii!

Noc minęła jakoś bardzo szybko i nieubłaganie nastał ranek, a wraz z nim pora wyjazdu z Misji. To był piękny, wymarzony przeze mnie od dawna czas!  Wiem już, że będzie mi bardzo tęskno do tego miejsca i ludzi! Wiem też, że zostawiam tu cząstkę siebie, swojego serca, które od dawna już tu bije, teraz jednak robi to dużo głębiej niż dotychczas!

środa, 13 maja 2015

Relacja z wizyty Inez cz. 4

Słonko coraz mocniej przygrzewało, droga robiła się coraz dłuższa, zakupy coraz cięższe, a myśli niespokojnie kotłowały się po głowie. Na szczęście prezent siedział cicho i nie poruszał się, ale oddychał. Idąc odpowiednio długo, raczej pod górkę niż z górki,  dotarłyśmy do Mwandachebe, do wioski Vicky i Mutinty. Pięknie położona, na malowniczym wzniesieniu malutka wioska. Moja kostka zaczęła zwracać uwagę na siebie i dawać znać, że właściwie to już pora kończyć spacer, a byłam właśnie w samym jego środku. Cóż, nie należy teraz o tym myśleć. Miałam czym się stresować. W wiosce powitały nas oczekujące stołeczki (z jednego z nich bardzo chętnie skorzystałam, zbyt już czując moją kostkę) i mata. 






Za chwilę przyszły do nas rozbawione dziewczynki, a za nimi ich mamy. Miałam okazję poznać również młodszą siostrzyczkę Vicky. Jest podobnie jak Victoria przepiękną i sympatyczną dziewczynką, na imię ma Fridah. 










Na szczęście nie widziałam żadnej kury w najbliższej okolicy maty :). Poczułam się nieco pewniej w tym zakresie i nawet się nieco odprężyłam. Przy słomianej budowli siedział tata Mutinty i serdecznie się do nas uśmiechał. Mamy dziewczynek też bardzo ciepło nas powitały i usiadły koło nas na macie. Porozmawiałyśmy chwilę i zostałyśmy zaproszone na posiłek do chatki stołowej. Na obiad była nasima z kurczakiem, którą spałaszowałam z wielką przyjemnością. Bardzo smakuje mi to danie :), a ta była wspaniała!  Podziękowałyśmy za posiłek, jeszcze na trochę usiadłyśmy na stołeczkach, podziwiałyśmy nasze roześmiane dziewczynki, robiłyśmy zdjęcia, rozmawiałyśmy, jednak wkrótce przyszedł czas na drogę powrotną. Gdy wyraziłyśmy chęć powrotu, pojawiły się oczywiście prezenty. Nie było kury…. Była za to wielka klatka z dwoma parami, przepięknych hodowlanych gołębi! 



Ich bałam się równie mocno, ale miałam już ręce zajęte i wiedziałam, że ja ich na pewno nie będę niosła :). Była to jedyna pocieszająca myśl na ten moment. Potem dostałyśmy dodatkowo 4 wielkie dynie i tu nieco już zdrefiłam…. Matko! Zabraknie nam rąk do niesienia! Od razu zareagowałam, powiedziałam, że to dla nas znacznie za dużo. Pokazałam ruchem, że mamy już kurę, garnki i dwie dynie, własne torby, aparaty i nie mamy się jak zabrać…Poprosiłam, aby przynajmniej dwie z nich mamy zabrały z powrotem (wiedziałam, że numer z próbą pozostawienia wszystkich 4 dyń na pewno nie przejdzie i że zrobię im przykrość takim zachowaniem, stąd próbowałam targować się choćby o dwie). Udało się! Po wielokrotnym upewnieniu się, że na pewno wystarczające są dla nas pozostałe prezenty i usilnych prośbach z naszej strony, 2 dynie pozostały w Mwandachebe :). Niestety ten manewr też nie do końca rozwiązywał nam sprawę zabrania się ze wszystkimi prezentami. Było ich bardzo dużo, niektóre nawet żywe, a wszystkie dość obszerne. Zbyt wiele jak na nasze ręce. Schola starała się nam pomóc, wzięła dwie dynie, ale to nadal nie pomogło w sprawie. Dostałyśmy więc wraz z prezentami dwóch kilkunastoletnich chłopców do pomocy w zaniesieniu wszystkiego do naszych pokojów, do których było tak daleko… 





Znów ruszyłyśmy w drogę i znów z obciążeniem, więc ze zdjęć raczej nici… Obejrzałam się jeszcze za siebie, by spojrzeć na Vicky i Mutintę, niesamowite dziewczątka! Energiczne, pewne siebie, roześmiane, ale też pomimo warunków w jakich żyją czyściutkie i zadbane. Cieszę się, że mam w tym niewielki udział. Mają dzięki programowi Adopcji Grupowej normalne, kolorowe dzieciństwo. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jest to ważne, jak dużo robimy dla nich jedynie opłacając podstawową opłatę adopcyjną. Naprawdę nie trzeba dużo, by uszczęśliwić tutejsze dzieciaczki, takim szczęściem jest dla nich możliwość nauki i nieskrępowanej zabawy, którą otrzymują w naszym przedszkolu, dzięki swoim rodzicom adopcyjnym. To chyba największy prezent jaki można im ofiarować!

Marzeniem Lindy jest rower i dom. Cieszę się, że ma takie duże marzenia, jak na tamtejsze warunki! W realizacji tego pierwszego, zdecydowanie w najbliższym czasie pomogę. Mówiąc szczerze, już w drodze do wioski dziewczynek zastanawiałam się jak to czteroletnie dziewczątko pokonuje tak długą drogę dwa razy dziennie?!  6 km wiejską drogą w upale, to jednak zupełnie co innego niż 6 km w mieście po chodniku w klimacie umiarkowanym. Sprawdziłam tę drogę, nadaje się pod rower, więc zdecydowanie jest to teraz mój priorytet dla Lindy i Vicky. Co do drugiego marzenia, sądzę, że Linda sama go zrealizuje, jedynie myślę, że to trochę potrwa, potrzebny jest czas i cierpliwość. Mama Vicky jest młodą dziewczyną, mówi i pisze po angielsku, więc czemu miałaby tego nie dokonać, skoro ma już takie osiągnięcia jak edukacja? Wierzę, że jej się to uda bez mojej pomocy, bo w tym nie mam możliwości jej pomóc, nie mogę żyć za Nią. Z resztą uważam, że bieda to oprócz innych symptomów, również stan umysłu (notorycznej niewiary w siebie i nierozsądnej pomocy, która to uczucie potęguje). Niewątpliwie jednak będę robiła co w mojej mocy, by ją do tego motywować. Ja też bez inspiracji nie odwiedziłabym dziewczynek :). Czasem taka pomoc jest motorem do wszystkiego i sprawia, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe, a marzenia nabierają realnego kształtu :). Ważne jest, by prawdziwie wierzyć w możliwości drugiego człowieka i mówić mu o tym, wtedy wszystko jest osiągalne.

W drodze powrotnej z Mwandachebe zainteresowało mnie jedno z niewielkich poletek uprawnych. Rosły na nim małe roślinki, których liście przypominały mi nasz groszek pachnący, zaintrygowało mnie to i spytałam Scholę co to za roślina, okazało się, że to orzeszki ziemne :). Znów poprosiłam ładnie o zatrzymanie się całego konwoju, by zrobić zdjęcie. Nie mogłam przegapić takiej ciekawostki! Muszę przecież to pokazać moim uczniom :). Najchętniej wyjęłabym jedną roślinkę, aby na zdjęciu widać było bulwy ale dla mnie to jedna fotka, a dla właściciela jego źródło utrzymania. 



Oczywiście zrobienie zdjęcia z tą ilością rzeczy było niemożliwe, więc postój troszkę potrwał ale nikt nie narzekał. Szliśmy i szliśmy, Schola w pewnej chwili położyła na chitendze 2 dynie i jakieś inne swoje drobiazgi, zawinęła to wszystko razem, potem zdjęła swoją ciepłą bluzę (zrobiło się już naprawdę gorąco) zrobiła z niej rulon i owinęła sobie nim głowę. Na tej podstawie położyła zawinięte w chitengę dynie i wszystko to pięknie usytuowała na swojej głowie. W ten sposób ręce miała wolne, a figurę idealną. 



Podziwiam tę umiejętność tutejszych kobiet! Potrafią dźwigać wielkie i nieporęczne ciężary na głowie, całkiem bez użycia rąk, w sposób często zaprzeczający prawom grawitacji moim zdaniem. Po drodze napotkałyśmy przydrożny stragan, na którym kupiłyśmy gazowany napój dla każdego uczestnika orszaku. Noga bolała niemiłosiernie. Gdy dotarłyśmy do naszych pokojów i pożegnałyśmy Scholasticę naszych pomocników i Grace, popatrzyłam za nią czując, że to ostatnie nasze osobiste spotkanie, w sercu mocno zakłuło... Wyrosła z niej piękna i bardzo dobrze wychowana młodziutka dziewczyna! Czułam ogromną radość i satysfakcję, że mogłam być częścią jej przemiany, żal było uświadomić sobie, że to moje ostatnie spotkanie z nią. Cóż, wszystko co piękne szybko się kończy. Cieszę się, że dane mi było ją poznać osobiście! Zapamiętam ten dzień na całe moje życie.

Pożegnawszy się ustawiłyśmy nasze prezenty na ziemi postanawiając napoić kurę i niewielkiej melaminowej filiżanki. Wyglądała nietęgo po tym spacerze, jednak stanowczo jej się to nie spodobało! Może źle odczytałyśmy widoczne symptomy, bo pomimo związanych nóg wyskoczyła z garnka w siatce, wprost pod moje nogi, trzepocząc skrzydłami. 



Oczywiście ze stresu narobiłam takiego krzyku, że przybiegła siostra Martha pytając nerwowo: co się stało?! Kompletnie nie zrozumiała powagi sytuacji i nie uwierzyła mi gdy wykrzyczałam, że panicznie boję się kur. Zaczęła się głośno śmiać z mojej tragedii, ale wybawiła nas z opresji zabierając na naszą prośbę tak kurę, jak i dwie pary gołębi. Do tej pory nie jestem w stanie zgadnąć, jak udało mi się zrobić zdjęcie w tak dramatycznej chwili! Chyba jedyne wytłumaczenie jest takie, że powodem był odruch, ponieważ trzymałam właśnie w ręku aparat fotograficzny… Dopiero po tym wydarzeniu można było na dobre ochłonąć i zacząć ratować obolałą stopę. Okazało się, że dwunastokilometrowy spacer odcisnął swe piętno na obu moich stopach. Miałam takie bąble na podeszwach, jak jeszcze nigdy w życiu, jednak cieszę się z każdego kilometra tej wspaniałej wycieczki. Wieczorem skorzystałyśmy z zaproszenia na wyjątkową zupę dyniową Maggie, którą zjadłyśmy ze smakiem. Śmiało mogłaby być podawana w najbardziej eleganckich i wykwintnych restauracjach, była wyśmienita! Następnego dnia, miałyśmy uczestniczyć w pierwszym w historii Adopcji Serca spotkaniu rekreacyjnym grupy I czyli dzieci  klas I-IV. Wiele z tych dzieciaczków pamiętam jeszcze z czasów, gdy chodziły do naszego przedszkola! Już czułam presję jak najlepszego udokumentowania tej imprezy i radość, że zobaczę dzieciaczki szkolne i będę mogła zawieźć też coś dla rodziców adopcyjnych Adopcji Serca. Mam nadzieję, że ich nie zawiodę!